11 Lut

Pani ze świetlicy

Każda szkoła ma świetlicę. No, prawie każda.

Każda świetlica ma Panie Świetliczanki. Praca na świetlicy jest ciężka – dużo dzieci z różnych klas, przychodzących w różnych porach, wychodzących do domu o różnych porach. Trzeba towarzystwo ogarnąć, wysłać na obiad,  na zajęcia różne…

Prowadzę od lat koło gier planszowych dla młodzieży. Takiej starszej i dorosłej. Gimnazjum, liceum, dorośli. Nigdy nie udało mi się zorganizować zajęć z gier planszowych po południu dla dzieci młodszych.  Takich z klas 1-3.  Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że takie dziecko rodzice muszą przyprowadzić. Że dziecko takie musi mieć zagwarantowane, że spotka rówieśników, z którymi chętnie zagra. Że nie ma się co dziwić rodzicom, że nie chce im się przyprowadzać dzieciaka na zajęcia, na których on po prostu siedzi i gra. Grać w gry może też w domu. Uczyć się tańca czy muzyki już nie.

Summa summarum, wymyśliłam, że skoro dzieci nie mogą przyjść do mnie, to ja pójdę do dzieci. Tak oto trafiłam na świetlicę szkolną w jednej z większych szkół w Gliwicach.

Prowadzę tam zajęcia od prawie dwóch lat. Dwa razy w tygodniu po trzy godziny. W ramach świetlicy. Przychodzi, kto chce. Nie ma zapisów, listy obecności. Jedynie liczenie dzieci, żeby się nie pogubiły.

Od samego początku wprowadziłam reguły:

  • gry to zajęcie towarzyskie, gramy ze wszystkimi,
  • kto się kłóci lub bije ten opuszcza natychmiast zajęcia (wystarczy jednorazowa akcja pokazowa)
  • gramy z innymi dziećmi a nie z panią (wymusza to na dzieciach szukania pary do grania)
  • gry ładnie składamy po graniu
  • nie obrażamy się gdy przegrywamy

Reguły działają. Dzieci grają. Doszliśmy wspólnie do etapu, gdy przychodzi dobrowolnie ponad trzydzieści sztuk dzieci. Wpadają i grają. Gdy się kłócą to tak, żebym nie widziała bo wiedzą, czym to grozi. Pierwsze dwie godziny zajęć to wolna amerykanka. Dopiero na trzeciej, gdy połowa dzieci idzie już do domów, mam czas i okazję, żeby wprowadzić nowe tytuły. Nie za często, nie za dużo. Raz na jakiś czas.

I nie ma znaczenia, że czasami grają przez kilka spotkań pod rząd w jedną grę i nikt nie wie, czemu ich tak to fascynuje. Chcą to grają. Jeżeli chcą pobawić się komponentami z gier, to też mogą. O ile oczywiście nikt w danej chwili akurat w ten tytuł nie gra. Nazywam to oswajaniem z grą. Gdy dziecko się bawi i bawi figurkami to prędzej czy później pada pytanie:

  • Psze pani a jak się w to gra?

Bo dzieci są ciekawskie i chłonne jak gąbka.

A moje bycie panią ze świetlicy osiągnęło wspaniały etap. Gdy wchodzę na świetlicę, żeby zabrać dzieciaki do sali z grami – widzę, jak podrywają się z różnych miejsc i lecą z krzykiem że „ja też, ja też”.

Oraz do etapu, gdy ukrywają się u mnie pod stołem bo nie chcą iść na inne zajęcia….

I muszę przyznać, że jest mi wstyd, że mnie to cieszy. Nie, że ja jestem lepsza od innych. Nie i nie. Że moje zajęcia są lepsze od innych. Lepsze z punktu widzenia dzieci. A przecież o to w tym wszystkim chodzi, prawda? O pasję i nic więcej.

 

 

Merry

Jestem z zawodu nauczycielką. Jestem z zawodu matką Polką. Jestem z zawodu miłośniczką gier planszowych. Chociaż słowo „miłośniczka” jest za słabe. A poza tym…rowery, konie, psy, morze w każdej wersji. I kryminały. Taka mroczna strona zwykłej nauczycielki;-)

More Posts - Website

Scroll Up