12 Mar

Niekoniecznie grzeczne podwórko

Środek lat osiemdziesiątych, Polska Rzeczpospolita Ludowa, osiedle kolejowe mojego rodzinnego miasta, zwane dumnie Dyrekcją Dolną. Kilka niewysokich bloków (miękka kreda nie pozwala na stawianie drapaczy chmur), zapuszczone pole chaszczy zwane Barakami, plac budowy kolejnych bloków, dworzec kolejowy i okoliczne przedszkole. Teren zabaw i źródło niesamowitych pomysłów, na myśl o których, jako ojciec, siwieję ekspresowo.

pkwn

Mieliśmy szczęście, że telewizja i nieliczne komputery nie zapełniały nam całego czasu, pozostawiając miejsce na nudę, i, co z niej wynika, poszukiwanie coraz to ciekawszych rozrywek. Sąsiedzi mieli inne zdanie.

Mały leksykon zabaw osiedlowych. 

Bączek: saletra spożywcza wymieszana z cukrem pudrem w proporcji 1 do 1, zapakowana w blaszany korek od wina lub nakrętkę od wódki, zamknięta wydłubaną wcześniej z korka nakładką chroniącą przed wysypaniem. W nakrętce wierciło się dziurkę, pod odpowiednim kątem i bliżej krawędzi, zostawiało trochę saletry jako podpałkę i odpalało, najlepsze bączki mogły śmigać ponad 20 metrów, jeden wpadł nawet do pewnego mieszkania przez lufcik. Poziom ekspercki pozwalał na start z palców, był ryzykowny ale widowiskowy i poważany w środowisku.

Buca: dziwna roślina rosnąca na Barakach, do dziś niezidentyfikowanego gatunku. Rosła w kępach sięgających do pasa, obierało się ją ze skórki odchodzącymi pasami i zjadało łodygę. Możliwe, że pobudzała kreatywność w wyszukiwaniu coraz lepszych zabaw.

Dołek: gra dżentelmeńska, wybierało się zagłębienie w asfalcie lub pięciozłotówką wykopywało nowe w ziemi, wygrzebywało z niego piach i czyściło teren wokół. Z odległości 2 metrów gracze rzucali monetami, trafienie w dołek było perfekcyjnym zagraniem przynoszącym natychmiastowe zwycięstwo, jeśli w rzucie nikt nie trafił, grający kolejno pstrykali swoją monetą starając się trafić nią do dołka, komu udało się pierwszemu, zbierał wszystkie monety z gry.

Gra w noża: polegała na oparciu ostrza noża na jakiejś części ciała i rzucenie go, by wbił się w ziemię. Przechodziło się kolejne figury, kiedy ktoś skusił, następna osoba rozpoczynała od miejsca w którym poprzednio skończyła swoją kolejkę. Istniał też wariant “Kwadraty” z planszą narysowaną na ziemi. Moja ulubiona gra z dzieciństwa.

Kapsle: gra o której napisano już tyle, że nie ma sensu tego wszystkiego powtarzać po raz kolejny, chyba, że w formie całego wpisu, tak by oddać jej należytą cześć.

Karbid: postrach miłujących ciszę i nienawidzących smrodu wapniaków, dla dzieci z zacięciem pirotechnicznym cenniejszy od złota. Wraz z siarką zajmował ważne miejsce w pracowni każdego domorosłego chemika. Teraz już wiem dlaczego w okolicy nie było żadnych kretów ani nornic.

Katiusze: poręcz na klatce schodowej była wykonana z bardzo grubego plastiku, ułamanie jej fragmentu wiązało się z długimi minutami monotonnej pracy, kiedy już się to udało, można było w krzakach ją podpalić i oglądać kapiące i kopcące fragmenty, przypominające wyglądem newsy z Dziennika Telewizyjnego opisujące sytuacje w Strefie Gazy.

Oko (nazwa robocza, nikt z moich znajomych nie pamięta prawdziwej nazwy tej aktywności): zabawa na deszczowe dni niezmiennie powodująca wkurzenie mieszkańców (koniecznie) innej klatki schodowej, niezbędne były zapałki i ślina: pluło się (“charkało”) na ścianę , następnie bezsiarkowym końcem zapałki mieszało się rozmiękczoną farbę, którą pomalowane były klatki, kiedy zebrała się jej ilość wielkości ziarnka grochu, podpalało się zapałkę i podrzucało do góry, tak by masa przylepiła się do sufitu. Jeśli zapałka nie zgasła, powstawało okopcone kółko. Sztuczka wymagała sporej zręczności i doświadczenia oraz pracy w całkowitej ciszy, by nie zostać nakrytym przez sąsiadów.

Proca z balona: plastikowa nakrętka od dezodorantu i naciągnięty na nią balon dawały możliwości strzału nawet sporymi elementami, łatwiejsza do wykonania, chociaż nie tak szlachetna jak klasyczna proca, doskonale działała w porze wczesnych mirabelek.

Szczur: kablem lub sznurem kręciło się w koło, cała banda dzieciaków musiała nad nim przeskakiwać. Kto dotknął szczura odpadał.

Smoczek: w wiosenne, ciepłe lub nie, dni najfajniej bawiło się wodą. Na tzw. Barakach stał stary kran z nielimitowanym dostępem dla każdego, do kolejnej zabawy niezbędny był smoczek dla niemowląt z mocno zawiązaną szerszą końcówką. Część do ssania rozcinało się delikatnie, nasadzało na zardzewiały kran i napełniało wodą. Spory balon zatykało się palcem i można było zacząć wyścig zakończony moczeniem innych dzieciaków.

Smok: jednorazowe odpalenie zapałek z całego pudełka, zabawa wymagająca niezwykłego poświęcenia gdyż zapałki były niezbędne do wielu innych akcji. Smok robiony z ręki wymagał sporej dawki odwagi.

Strzał z siarki: do niewielkiego zagłębienia w betonie dopasowywało się kamyk, następnie oskrobywało się do niego siarkę z zapałek, nakrywało kamykiem i uderzało z góry cegłówką. Spory huk i powstawała nowa dziura do Dołka.

Ścianka: gra podobna do Dołka, potrzebna była ściana i czysty fragment pod nią (najczęściej w szkolnej szatni), gra ograniczona do rzutów: moneta najbliżej ściany zapewniała zgarnięcie zysków.

Trzepak: był miejscem spotkań i popisów akrobatycznych, dwupoziomowy, u nas wmurowany w beton pod osiedlowym śmietnikiem, w który wsiąkło sporo potu i krwi.

Wykopaniec: gra z piłką, pochodna “Chowanego”: potrzebny był Kryjący oraz reszta grających, ustawionych w rzędzie za nim. Kryjący mówił numer, osoba o tym numerze wykopywała piłkę i wszyscy się rozbiegali i ukrywali, kiedy Kryjący wracał z piłką stawiał ją na ziemi i musiał zaklepać w nią odnalezionych. Jeśli któryś Chowający niezauważony wykopał piłkę zaczynało się od nowa.

 

Wielkie dzięki dla Końdzika, który w zeszłym tygodniu odświeżył mi pamięć o zabawach na Kolejowej.

Fotopolska_654858

Tym wpisem chciałbym inaugurować podwórkową stronę edugracji.

 

Zdjęcia pochodzą ze strony: chelm.fotopolska.eu przedstawiają Gmach od strony MDKu i widok spod Dworca.

Michał

Rocznik 80. Nauczyciel i propagator gier analogowych i cyfrowych w szkole. Ulubiona gra: Pikuty.

More Posts

Scroll Up